Postanowiłam pójść na kolację próbną w czwartek wieczorem. Dałabym im ostatnią szansę. Szansę na podpisanie prawnie wiążącego weksla z rygorystycznym harmonogramem spłat. Jeśli odmówią, jeśli zdecydują się podwoić swoje uprawnienia… wtedy pokażę im, jak bardzo potrafię być samolubna.
Rozdział 2: Obraza na kolacji próbnej
Kolacja próbna odbyła się w prywatnej jadalni ekskluzywnej włoskiej restauracji w centrum miasta. Sala emanowała elegancją – kryształowe kieliszki, importowane lilie i cichy szum muzyki klasycznej.
Przyszłam ubrana w prostą czarną sukienkę, którą miałam od trzech lat. Czułam się zupełnie nie na miejscu wśród designerskich garniturów i sukienek koktajlowych noszonych przez rodzinę Brandona i druhny Melissy.
Znalazłam Melissę stojącą przy barze, popijającą prosecco. Wyglądała promiennie, z idealnie ułożonymi włosami, a jej diamentowy pierścionek zaręczynowy odbijał światło. Rozkoszowała się blaskiem idealnego życia, które właśnie finansowałam.
Podeszłam do niej, spocone dłonie, serce waliło mi jak młotem.
„Melissa” – powiedziałam cicho i napiętym głosem.
Odwróciła się, a jej uśmiech lekko zbladł, gdy mnie zobaczyła. „Rachel. Udało ci się. Słuchaj, mama mówiła, że dziwnie się zachowujesz z tą kartą kredytową. Proszę, nie psuj nam dzisiejszego wieczoru”.
„Dziwnie się zachowujesz?” – powtórzyłam, oszołomiona jej słownictwem. „Melissa, to było czterdzieści trzy tysiące dolarów. To moje oszczędności życia. Potrzebuję planu spłaty. Na piśmie. Zaczynając od przyszłego miesiąca”.
Melissa przewróciła oczami, teatralnym gestem. Wygładziła materiał swojej drogiej jedwabnej sukni i spojrzała na mnie jak na żebraczkę proszącą o drobne.
„Boże, Rachel, nie bądź taka małostkowa” – westchnęła. „Właśnie podpisaliśmy z Brandonem umowę kupna domu. Musimy kupić meble. Nie stać nas teraz, żeby ci je oddać”.
„Więc nie stać cię na ten ślub” – powiedziałam stanowczo.
Melissę zmrużyły oczy. Wizerunek słodkiej panny młodej zniknął, zastąpiony przez okrutną, roszczeniową złotą dziewczynkę, z którą dorastałam. Podeszła bliżej, naruszając moją przestrzeń osobistą, a jej głos zniżył się do jadowitego szeptu przeznaczonego tylko dla mnie.
„Po co ci w ogóle dom?” – zadrwiła, patrząc na mnie od góry do dołu z jawną odrazą. „Mieszkasz w pudełku na buty. Masz trzydzieści cztery lata. Nie masz męża. Nie masz dzieci. Twoja kariera jest mierna. Siedzisz w domu w sobotnie wieczory i oglądasz Netflixa”.
Wbiła mi w ramię wypielęgnowany palec.