Poznałam go na urodzinach mojej najlepszej przyjaciółki. Wśród hałasu, muzyki i ożywionej rozmowy, stał tam, cicho, w kącie pokoju. Prosta biała koszula, miły uśmiech i spojrzenie, które przeszyło mnie niczym źródło świeżej wody na pustyni. Moje serce, już zmęczone chełpliwymi i powierzchownymi mężczyznami, natychmiast zmiękło. Po raz pierwszy nie czułam potrzeby udawania kogoś innego. Chciałam po prostu być sobą i żeby kochał mnie taką, jaka jestem.
Ignorując rady przyjaciółek, to ja zrobiłam pierwszy krok.
„Kobiety nie powinny być tak bezpośrednie; zawsze w końcu przegrywają” – mówiły.
Ale ja ich nie słuchałam. Miłość to nie wojna ani negocjacje. Chciałam kochać i wyrażać tę miłość z całkowitą szczerością, bez kalkulacji. Tak narodziła się nasza relacja: zrodzona z mojej inicjatywy, ale pielęgnowana przez naszą uczciwość.