Syn z synową namówili mnie, żebym przepisała na nich działkę, bo „i tak jest twoja, mamo, po prostu łatwiej będzie z papierami”.

Przepisałam w zeszłym roku. W sobotę pojechałam tam bez zapowiedzi. Na bramie wisiała kłódka z nowym kodem, a przez płot widziałam tabliczkę: „Domek letniskowy — wynajem, kontakt” i numer synowej.

Stałam przed tą bramą może pięć minut, może dłużej. W jednej ręce reklamówka z sadzonkami pomidorów, w drugiej – klucz, który już do niczego nie pasował. Próbowałam go włożyć dwa razy, zanim dotarło do mnie, że kłódka jest inna. Nowa, błyszcząca, z czterocyfrowym szyfrem.

Cofnęłam się o krok i wtedy zobaczyłam tę tabliczkę. Laminowana, przyczepiona do furtki plastikowymi opaskami. „Domek letniskowy – wynajem, kontakt” i numer telefonu Patrycji. Mojej synowej.

Tę działkę dostaliśmy z Władkiem trzydzieści lat temu. Jeszcze za komuny się o nią staraliśmy – Władek chodził po urzędach, pisał podania, nosił zaświadczenia z zakładu pracy. Dwieście osiemdziesiąt metrów kwadratowych na rodzinnych ogrodach działkowych na obrzeżach Białegostoku. Dla nas to był cały świat.

Władek zbudował altankę sam, po nocach i w weekendy. Stawiał ją trzy lata. Deseczka po deseczce, z drewna, które zbierał gdzie się dało – trochę z tartaku po znajomości, trochę z rozbiórki.

Pomalowaliśmy ją na zielono, bo tyle farby zostało od ogrodzenia u szwagra. Z czasem dobudował werandę, potem postawił szopę na narzędzia. Ja zasadziłam porzeczki, agrest, śliwkę węgierkę. Pod oknem altanki – malwy i aksamitki. Co roku inne kolory, co roku nowe sadzonki.

Władek umarł siedem lat temu. Serce. Nagle, w niedzielę rano, przy śniadaniu – nie zdążył dopić herbaty. Po pogrzebie działka stała się moim jedynym miejscem. Jeździłam tam autobusem, dwadzieścia minut od bloku na Dziesięcinach.

Grabiłam liście, podcinałam porzeczki, paliłam ognisko z gałęzi. Siadałam na werandzie i piłam kawę z tego samego kubka, z którego pił Władek. Nikomu tego nie tłumaczyłam, bo kto by zrozumiał.

Syn Grzegorz mieszka z Patrycją na drugim końcu miasta. On pracuje na magazynie w hurtowni budowlanej, ona – w biurze nieruchomości. Mają dwójkę dzieci, dziewięć i jedenaście lat.

Przyjeżdżali na działkę może raz, dwa razy w sezonie, zawsze z pretensjami – że nie ma prądu, że woda ze studni, że komary. Wnuki nie miały cierpliwości do grządek. Patrycja siadała na werandzie z telefonem i czekała, aż będzie można jechać.

A potem, w zeszłym roku jesienią, Grzegorz zaczął temat. Nie wprost – nigdy wprost. Najpierw: „Mamo, a ty byś dała radę, gdyby coś z tą działką trzeba było załatwiać w urzędzie? Bo wiesz, formalności…”. Potem: „Bo widzisz, jakby co, to lepiej żeby to było na młodszego, prostsze procedury”. I wreszcie: „Mamo, i tak jest twoja, po prostu łatwiej będzie z papierami. Nic się nie zmienia”.