Syn z synową namówili mnie, żebym przepisała na nich działkę, bo „i tak jest twoja, mamo, po prostu łatwiej będzie z papierami”. Przepisałam w zeszłym roku. W sobotę pojechałam tam bez zapowiedzi.
Nie zmienia. Dokładnie tak powiedział.
Patrycja milczała. Uśmiechała się tylko tym swoim uśmiechem, który nic nie znaczy, ale wygląda ładnie. Grzegorz przyniósł mi dokumenty – przeniesienie prawa do działki na niego, wszystko przygotowane, wydrukowane. Wystarczyło podpisać wniosek do zarządu ROD.
Podpisałam w listopadzie. Zarząd zatwierdził. Grzegorz powiedział: „Dzięki, mamo, ale naprawdę nic się nie zmienia, dalej jest twoja”.
Przez zimę nie myślałam o działce. Zima to zima – w bloku, przy kaloryferze, z telewizorem i krzyżówkami. Ale jak przyszedł kwiecień i słońce zaczęło grzać, poczułam ten ciąg. Kupiłam sadzonki pomidorów u pani na rynku, trzy odmiany, jak co roku. Wsiadłam w autobus w sobotę rano. Jechałam z tą reklamówką na kolanach i myślałam o tym, czy węgierka przetrwała mrozy.
I stanęłam przed nową kłódką.
Zadzwoniłam do Grzegorza. Odebrał po piątym sygnale.
– Grzesiu, jestem na działce. Ktoś zmienił kłódkę.
– A, tak, mamo. Bo widzisz, musieliśmy zmienić zabezpieczenie.
– Ale jaki jest kod? Nie mogę wejść.
– Mamo, oddzwonię za chwilę, dobrze? Jestem w pracy.
Nie oddzwonił. Nie tego dnia, nie następnego. Napisałam do niego w poniedziałek wieczorem – odpisał krótko: „Mamo, pogadamy w weekend”.
W międzyczasie wpisałam w telefonie numer z tabliczki. Nie dzwoniłam – tylko wpisałam. I zobaczyłam, że to numer Patrycji. Ten sam, który mam zapisany jako „Synowa Patrycja”.
Zadzwoniłam do znajomej z sąsiedniej działki. Basia – znamy się dwadzieścia lat, nasze grządki dzieli płot z siatki.
– Basiu, byłam w sobotę. Widziałam tabliczkę. Wiesz coś o tym?
– Elżbieto – powiedziała Basia i zamilkła na chwilę. – Wynajmują od marca. Przyjeżdżali jacyś ludzie z dziećmi na weekendy. Dwa albo trzy razy. Patrycja im otwierała.
Basia powiedziała jeszcze, że ktoś przestawił jej donice z przejścia, bo „goście” potrzebowali miejsca na samochód obok furtki. I że w altance widziała przez okno ręczniki i pościel, których wcześniej nie było. I rozkładane łóżko turystyczne.
Nie płakałam. Chciałam, ale nie dałam rady – jakby coś stanęło w gardle i nie przepuściło dalej. Usiadłam w kuchni z tym kluczem w ręce i myślałam o Władku. O tym, jak taszczył deski z przystanku autobusowego, bo ktoś wyrzucał stare palety. Jak chodził z poziomicą wokół altanki, sprawdzając, czy ściany stoją prosto. Jak sadziliśmy pierwszą jabłoń i Grzegorz, wtedy czteroletni, „pomagał” – tzn. kopał dziury łopatką obok, w losowych miejscach.