W piątek Grzegorz w końcu przyjechał. Usiadł w kuchni, nie zdjął kurtki.
– Mamo, Patrycja trochę z tego zrobiła takie… no… dodatkowe źródło dochodu.
– Na mojej działce.
– Mamo, ale to teraz formalnie nasza działka. Ty sama podpisałaś.
– Bo mi powiedzieliście, że nic się nie zmienia.
– No i nic się nie zmienia. Dalej możesz przyjechać.
– Z nowym kodem, którego nie znam, i między wynajmami? Między obcymi ludźmi w altance, którą twój ojciec budował trzy lata?
Grzegorz westchnął. Tym westchnieniem, którego nauczył się od Patrycji – takim, które mówi: „No znowu się zaczyna”.
– Mamo, nie przesadzaj. Patrycja prowadzi to profesjonalnie. Ogłoszenie jest na portalu. Jest ładnie, posprzątane, ludzie się cieszą. My z tego mamy trochę pieniędzy, bo wiesz, jakie są czasy. A ty i tak jeździłaś tam coraz rzadziej.
Coraz rzadziej. Przez trzy lata po śmierci Władka jeździłam tam co drugi dzień. Potem trzy razy w tygodniu. Potem dwa. Bo kolana bolały, bo autobus w upał nie do wytrzymania, bo zima. Ale to moje „rzadziej” – nie ich.
– Grzesiu – powiedziałam. – Mogę was prosić, żebyście przestali wynajmować? Albo żebyście oddali mi działkę z powrotem?
Popatrzył na mnie tak, jakbym poprosiła go o coś abstrakcyjnego. Jakbym kazała mu zdejmować Księżyc z nieba, a nie zwrócić matce to, co do niej należało przez trzydzieści lat.
– Mamo, pogadam z Patrycją – powiedział i wyszedł.
Minęły dwa tygodnie. Nikt nie zadzwonił. Nikt nie napisał. Na działce, jak dowiedziałam się od Basi, w kolejną sobotę znowu byli „goście” – młode małżeństwo z Warszawy, bardzo mili, chwalili ciszę i porzeczkowe krzaki.
Moje krzaki.
Siedzę teraz w bloku na Dziesięcinach. Na parapecie stoją trzy doniczki z sadzonkami pomidorów – tymi, które kupiłam w tamtą sobotę. Nie mają gdzie rosnąć. Wyrosły już z doniczek, łodygi się wygięły, szukając słońca przez szybę. Podlewam je rano i wieczorem, jak idiotka, bo to sadzonki gruntowe, potrzebują ziemi, powietrza i przestrzeni, a ja im tego dać nie mogę.
Tak samo jak Władek nie mógł sobie wyobrazić, że syn, którego nauczył trzymać młotek, zamieni jego altankę w „domek letniskowy – wynajem, kontakt”.
Czasem myślę, co bym zrobiła, gdybym tamtego dnia miała kod do kłódki. Gdybym weszła, usiadła na werandzie, zaparzyła kawę w starym kubku Władka. Może postawiłabym doniczkę z pomidorami przy drzwiach i udawała, że nic się nie zmieniło.
Ale kłódka jest nowa. I kod zna tylko Patrycja.