Syn zaprowadził mnie do MOPS-u i powiedział obcej kobiecie, że zaczyna mi się demencja.
“Chowa jedzenie po kieszeniach, wynosi kotlety z lodówki i łazi pod szkołą za cudzym dzieckiem”, powiedział Darek takim głosem, jakby zgłaszał awarię piecyka. “Boję się zostawiać ją samą z moją córką.”
Pracownica socjalna poprosiła, żebym zdjęła stary płaszcz, bo w pokoju było duszno. Z wewnętrznej kieszeni wypadł niebieski plastikowy znaczek, oklejony mętną taśmą.
“Dyżurny szkoły”.
Na znaczku było imię chłopca, którego w naszej rodzinie nikt nie wypowiadał od siedmiu lat.
A mój syn nagle przestał patrzeć mi w oczy.
Mam na imię Krystyna. Mam sześćdziesiąt dziewięć lat i mieszkam w Elblągu, w starym bloku niedaleko Hetmańskiej, gdzie zimą na klatce czuć mokre buty, a latem smażoną cebulę i kurz z piwnicy. Mam jednego syna. Dariusza. Dla wszystkich Darek. Przez lata myślałam, że znam go lepiej niż własne ciśnienie. Teraz wiem, że matka potrafi nie zauważać kłamstwa, kiedy sama pomaga je przykrywać.
Zaczęło się od kotletów. Najpierw z lodówki znikały dwie sztuki. Potem pół chleba, jabłka, czasem kawałek sera. Darek stanął kiedyś w kuchni, otworzył lodówkę i nawet nie zapytał normalnie.
“Komu ty to nosisz, mamo? Kochankowi z działek?”
Stałam przy garnku z krupnikiem i mieszałam łyżką, żeby nie słyszeć jego tonu.
“Sobie biorę.”
“Sobie? Ty jesz zupę bez śmietany, bo śmietana jest dla ciebie za droga. Nie rób ze mnie idioty.”
Jego żona, Justyna, siedziała przy stole z kawą z Biedronki. Ich córka Milena rysowała coś w zeszycie i udawała, że jej tu nie ma.
“Może mama zapomina”, powiedziała Justyna cicho. “U mojej ciotki tak się zaczęło. Najpierw jedzenie. Potem klucze. Potem wyszła zimą w kapciach.”
Darek złapał to słowo jak pasek od torby.
Zapomina.
Wygodne słowo. Jeśli zapominam, nie trzeba pytać, dokąd chodzę. Jeśli głowa już nie ta, można zabrać klucze. Można sprzedać mój udział w mieszkaniu po ojcu. Można powiedzieć sąsiadom, że syn “musi reagować, bo matka robi się niebezpieczna”.
“Mamo”, powiedział. “Widziano cię przy podstawówce na Robotniczej.”
Nie odpowiedziałam.
“Stałaś przy ogrodzeniu i gadałaś z jakimś chłopakiem.”
Milena podniosła głowę.
“Babciu, byłaś pod moją szkołą?”
“Nie pod twoją.”
Darek walnął dłonią w stół, aż łyżeczka podskoczyła.
“No właśnie. Już myli szkoły.”
Nie myliłam.
Milena chodziła do nowej szkoły, z elektronicznym dziennikiem, szatnią na karty i rodzicami w dużych autach. Ja chodziłam pod starą podstawówkę koło rynku. Tam był obdrapany płot, ciężka furtka i woźna, która krzyczała za dziećmi tak, jakby wszystkie sama wykarmiła.
Tam uczył się Oskar Maj.
Zobaczyłam go w listopadzie. Wracałam z apteki, miałam tabletki na ciśnienie i maść na kolano. Dzieci wybiegły ze szkoły, hałasowały, pchały się, ktoś rzucił plecakiem o ziemię. A on siedział na niskim murku i jadł chleb.
Suchy chleb. Bez masła, bez sera. Zawinięty w cienką serwetkę.
Powinnam przejść dalej. Starym kobietom nie wolno podchodzić do cudzych dzieci, bo zaraz ktoś nagra telefonem i zrobi z człowieka potwora. Ale on podniósł głowę.
I zobaczyłam jego lewe ucho.
Głupio brzmi, wiem. Ucho. Ale Darek ma takie samo. Małą fałdkę u góry. Jego ojciec też miał. Tyle razy całowałam to ucho, kiedy Darek był mały i zasypiał mi na rękach, że poznałabym je w tłumie.
Chłopiec miał dokładnie takie samo.
Po tygodniu poznałam jego imię, bo upuścił zeszyt, a ja go podniosłam. Na okładce było napisane: Oskar Maj.
Maj.
Nazwisko jego matki.
Natalia Maj.
Siedem lat temu Darek był z Natalią. Schodzili się, rozchodzili, nocował u niej, potem wracał do mnie i mówił, że ona znowu “robi dramat”. Natalia była cicha, ale nie głupia. Pracowała w piekarni na rogu, zawsze mówiła “dzień dobry” pierwsza. Lubiłam ją. Darek lubił ją wtedy, kiedy było mu wygodnie.
Gdy zaszła w ciążę, zrobił się zły. Najpierw liczył tygodnie. Potem patrzył na kalendarz jak na dowód zbrodni.
“Nie zgadza się”, powiedział mi w kuchni.
“Co?”
“Terminy.”
“Darek, rozstawaliście się co dwa tygodnie.”
Popatrzył na mnie.
“Ty jesteś po czyjej stronie?”
Powinnam powiedzieć: “Po stronie dziecka.”
Nie powiedziałam.
Powiedziałam: “Urodzi się, zrobicie test.”
Natalia porodu nie przeżyła. Oskar urodził się nocą, mały i słaby, ale żywy. Natalia zmarła nad ranem. Darek nie pojechał do szpitala. Siedział u mnie przy kuchennym oknie i palił do spodka.
“Jedziemy”, powiedziałam.
“Po co?”
“Dziecko się urodziło.”
“Jej dziecko.”
“Chciałeś test.”
Zgasił papierosa tak mocno, że pęknięty spodek zgrzytnął.
“Z martwą kobietą testów robić nie będę.”
Milczałam. Za to milczenie wstydzę się do dziś.
Siostra Natalii, Beata, zabrała Oskara. Chuda kobieta z chorymi nerkami, z czerwonymi rękami od sprzątania, zawsze pachnąca chlorem. Przez siedem lat udawaliśmy, że ich nie ma. A potem zobaczyłam Oskara pod szkołą z suchym chlebem.
Najpierw przyniosłam mu bułkę z serem. Nie wziął.
“Nie wolno mi od obcych.”
“Znam twoją ciocię.”
Prawie prawda. Od takich prawie prawd robi się gorzko w ustach.
Potem wziął jabłko. Potem kotlet. Potem poprosił:
“Tylko bez cebuli. Bo w klasie czuć.”
Zaczęłam zawijać jedzenie dokładniej. W folię, potem w papier. Kotlety bez cebuli. Kanapki z serem. Czasem mandarynki.
Któregoś dnia przyszedł z niebieskim znaczkiem przypiętym krzywo do swetra.
“Dzisiaj jestem dyżurnym szkoły”, powiedział tak poważnie, jakby dostał klucze do urzędu miasta.
Chciał poprawić znaczek i ukłuł się w palec, bo agrafka była złamana.
“Daj, naprawię.”
Cofnął się od razu.
“Odda pani?”
“Oddam.”
“Bo jak zgubię, to już mi nie dadzą. A ja dopiero dzisiaj dostałem.”
Zabrałam znaczek do domu. Usiadłam przy oknie, znalazłam taśmę, małą agrafkę i igłę. Palce już mnie nie słuchają, ale naprawiłam. Brzydko, za to trzymało.
Następnego dnia Oskar nie przyszedł. Potem kolejnego też nie.
Trzeciego dnia poszłam do Beaty.
Otworzyła w starym szlafroku. Twarz miała szarą, usta suche. Za jej plecami ktoś kaszlał.
“Kto pani?” zapytała, chociaż wiedziała.
“Krystyna.”
“Wiem, kto pani. Pytam, po co pani przyszła.”
Podałam jej torbę.
“Zupa. I syrop dla dziecka.”
Długo patrzyła na torbę.