Pozwoliłam, by ta iluzja trwała, bo go kochałam. Ale w chwili, gdy zobaczyłam go z tą dziewczyną, iluzja prysła, a bankowy skarbiec zatrzasnął się na zawsze.
Eleanor, kobieta, której cała osobowość zbudowana była na plotkach z klubów wiejskich, markowych ubraniach, na które jej nie było stać, i toksycznej, duszącej obsesji na punkcie jej „złotego dziecka”, syna, przyjechała po rzeczy Marka, podczas gdy ja byłam w biurze.
Musiała szperać w pokoju gościnnym. Musiała znaleźć kartę alarmową.
Dłonie lekko mi się trzęsły z mieszaniny surowej zdrady i nagłego, wybuchowego gniewu. Czysta, zapierająca dech w piersiach zuchwałość tej kradzieży była oszałamiająca.
Natychmiast zadzwoniłam do recepcji w paryskim hotelu de Crillon. Odebrał uprzejmy głos z silnym akcentem. Poprosiłam o połączenie z apartamentem zarejestrowanym na nazwisko Eleanor Vance. Konsjerż potwierdził, że gość jest w hotelu i przełączył rozmowę.
Nie czekałam, aż ktoś podniesie słuchawkę. Rozłączyłam się i wybrałam bezpośrednio prywatny numer komórkowy Eleanor.
Dzwonek zadzwonił cztery razy. Połączenie było lekko zaszumione, z wyraźnym, dudniącym dźwiękiem połączenia międzynarodowego.
„Halo?” – zapiszczała Eleanor. Odebrała telefon z głośnym, teatralnym westchnieniem, a w słuchawce rozległy się nieomylne dźwięki brzęku kieliszków szampana, radosny, pochlebczy śmiech i ciche, romantyczne charczenie akordeonu.
„Eleanor” – powiedziałam niebezpiecznie niskim głosem, pozbawionym rodzinnego ciepła.
„Clara, kochanie!” – wykrzyknęła Eleanor, a jej głos ociekał grubą, przesłodzoną warstwą arystokratycznej protekcjonalności. „Nie waż się psuć mi wyjazdu swoim narzekaniem. Siedzę w kawiarni niedaleko Pól Elizejskich z „dziewczynami” i bawię się wyśmienicie”.
„Ukradłaś mi kartę kredytową, Eleanor” – stwierdziłam, a słowa były zimne i precyzyjne jak skalpel. „Właśnie zaksięgowano w Crillon trzydzieści pięć tysięcy dolarów. Dopuściłaś się kradzieży na dużą skalę”.