„P-Panie Marku… Ja…”
Nie słuchałam reszty.
Przeszłam przez pokój dwoma krokami i uklęknęłam obok Clary. Wzięłam brudną szmatkę z jej rąk. Jej palce były spuchnięte, czerwone i drżały. Skóra na przedramionach była podrażniona, jakby długo się pocierała.
„Clara… spójrz na mnie… spójrz na mnie, proszę… Już tu jestem”.
Ale nie zareagowała tak, jak się spodziewałam.
Nie rzucił się, żeby mnie przytulić.
Nie rozpłakał się na mojej piersi.
Skurczył się.
Niezgrabnie opadł na kolana, zasłaniając brzuch obiema rękami, jakby również musiał się mną zaopiekować.
„Nie… Nie zabieraj mnie… proszę… Będę grzeczna… Nie zabieraj mi dziecka…” wyjąkała między szlochami. „Nie jestem szalony… Przysięgam, że nie jestem szalony…”
Poczułem, jak coś we mnie pęka.
Odwróciłem głowę w stronę Mindy.
Już wstała.
„Proszę pana, nie rozumie pan” – zaczął fałszywym tonem kogoś, kto wie, że został zdemaskowany. „Ta pani jest niestabilna od tygodni. Próbowałem ją tylko kontrolować. Staje się agresywna. Brudzi się. On sobie wyobraża różne rzeczy. Chciałem mu pomóc, ale…”
„Zamknij się”.
Powiedziałem to tak cicho, że nawet ja byłem zaskoczony.
Minda z trudem przełknęła ślinę.
„Panie Marku, naprawdę, jeśli pozwoli mi pan wyjaśnić…”
„Mówiłem panu, żeby się pan zamknął”.
Zdjąłem kurtkę i zarzuciłem ją na wilgotne ramiona Clary. Cała się trzęsła. Nie z zimna. Z przerażenia.
„Kochana” – powiedziałam łamiącym się głosem – „spójrz na mnie. Nie zrobię ci krzywdy. Nie rozdzielę cię z naszym dzieckiem. Nie pozwolę nikomu więcej cię tak dotykać. Przysięgam”.
Jej oczy napełniły się jeszcze większą ilością łez.
„Ale… Minda powiedziała, że już mnie nie znosisz… że wstydzisz się mojego wyglądu… że szukasz lekarzy… że chcesz podpisać papiery, żebym została przyjęta, zanim dziecko się urodzi…”
Każde słowo było jak cięcie.
Odwróciłam się do stolika kawowego.
Tam.
Beżowa teczka, której nie zauważyłam, kiedy weszłam.
Otworzyłam ją.
W środku były wydruki z klinik psychiatrycznych, formularze ściągnięte z internetu, wyróżnione artykuły o psychozie prenatalnej i sfałszowany dokument, w którym moje nazwisko widniało jako rzekomy główny kontakt.
Data była trzy dni wcześniej.
Ta kobieta nie tylko ją upokorzyła.
On przygotowywał ją do zniknięcia.
Minda cofnęła się o krok.
„To nie to, na co wygląda…”