Minda próbowała dalej kłamać.
Powiedziała, że Clara…
Została zaatakowana. Powiedział, że ma urojenia. Powiedziała mi, żebym sprawdził wiadomości, w których rzekomo mnie ostrzegała.
A potem Clara, wciąż drżąca, wyszeptała:
„Mój telefon…”
Wszyscy na nią spojrzeliśmy.
„Zabrała mi go dwa miesiące temu… Powiedział, że promieniowanie może zabić dziecko… i od tamtej pory mógł go używać tylko wtedy, kiedy ona chciała…”
Jeden z funkcjonariuszy natychmiast zwrócił się do Mindy.
„Gdzie jest telefon tej pani?”
Minda nie odpowiedziała.
Drugi funkcjonariusz otworzył torbę.
W środku był telefon komórkowy Clary, kilka dodatkowych kart bankowych, których używałam do opłacania wydatków domowych, moje paragony, kilka drobnych biżuterii, które, jak myślałam, trzymaliśmy w naszym pokoju, oraz nieoznakowana buteleczka z białymi tabletkami.
Ratownik medyczny wziął buteleczkę.
To trzeba teraz przeanalizować.
Poczułam, jak nogi się pode mną uginają.
„Czy mu coś podawałaś?”
Minda zacisnęła usta.
Klara odpowiedziała, wpatrując się w przestrzeń.
„W nocy dawał mi kilka kropel do mleka… Mówiłam, że to witaminy, żebym się nie denerwowała… potem budziłam się bardzo późno… z zawrotami głowy… z suchością w ustach… a czasami nie mógł sobie przypomnieć, co się wydarzyło poprzedniej nocy…”
W pokoju zapadła cisza.
Ten rodzaj ciszy, który nadchodzi, gdy horror przestaje być podejrzeniem, a staje się dowodem.
Ta kobieta niczego nie improwizowała.
Odizolowałem żonę.
Obrażał ją.
Pozbawił ją jedzenia.
Okradł ją.
Podał jej środek uspokajający.
I zbierał papiery, żeby wyglądało, że oszalał.
To wszystko wydarzyło się w moim domu.