„Więc pozwól mi tym razem zrobić to dobrze”.
Potem nie było już wielkich przemówień.
Nie były potrzebne.
Bo prawdziwe uzdrowienie nie tkwiło w błyszczących obietnicach.
Byłem w małych rzeczach.
Wczesnym porankiem z butelkami.
Podczas terapii.
Podczas wspólnych posiłków.
Punktualnym odbieraniem telefonów.
Naprawdę obserwowałem.
Żeby znów nie pomylić udzielania pomocy z wychodkiem.
Pewnego popołudnia, prawie rok później, znalazłem w szufladzie Klary tę samą szorstką szmatkę, którą kobieta kazała jej się wycierać.
Zamarłem.
Widziała ją w mojej dłoni.
„Nie trzymałem jej ze strachu” – powiedział mi. „Trzymałem ją, żeby nie zapomnieć, kim byłem… i kim już nigdy nie będę”.
Potem ją wziął.
Wyszedł na podwórko.