O 16:00 czasu chicagowskiego – co oznaczało, że w Paryżu była prawie 23:00 – zadzwonił telefon na moim biurku.
Był to numer międzynarodowy z prefiksem +33 do Francji.
Wziąłem głęboki oddech, spodziewając się usłyszeć spanikowany, przepraszający głos menedżera luksusowego hotelu, błagającego mnie o autoryzację częściowej płatności.
Podniosłem słuchawkę. „Mówi Clara Vance”.
„Madame Vance?”
Głos po drugiej stronie linii brzmiał:
– głęboki, ostry głos, z ciężkim, gęstym francuskim akcentem. Nie był to głos kierownika hotelu. To był głos absolutnej, bezkompromisowej władzy.
„Tu inspektor Rousseau z paryskiej Policji Narodowej” – powiedział mężczyzna tonem ściśle profesjonalnym, pozbawionym ciepła. „Dzwonię do pana z holu Hôtel de Crillon w poważnej sprawie”.
Wyprostowałem się. Hotel nie tylko zażądał zapłaty, ale wezwał policję.
„Tak, inspektorze. W czym mogę panu pomóc?” – zapytałem spokojnie.
„W biurze kierownika hotelu przetrzymywana jest obecnie kobieta” – wyjaśnił inspektor Rousseau. „Jest obywatelką amerykańską i przedstawia się jako Eleanor Vance. Próbowała uzyskać dłuższy pobyt w luksusowym apartamencie, wraz z pokaźnymi opłatami za posiłki, napoje i zabiegi w spa, korzystając z karty American Express zarejestrowanej na pana nazwisko”.
Słyszałem przez telefon stłumiony, chaotyczny hałas w tle dochodzący z hotelowego biura.