Kiedy się obudziłam, czułam, jakby wszystko we mnie wyparowało.
Zapytałam ponownie.
„Gdzie on jest?”
Przewróciła stronę w swoim magazynie i powiedziała:
„Musisz iść naprzód”.
Spytałam, czy będzie pogrzeb.
„Nie ma tu nic do roboty” – odpowiedziała.
Tej nocy, kiedy wyszła, pielęgniarka cicho wróciła.
Wsunęła mi kartkę papieru i wyszeptała:
„Jeśli chcesz coś napisać… postaram się wysłać to razem z nim”.
Nie miałam już nic.
Z wyjątkiem jednej rzeczy.
Napisałam jedno zdanie:
„Powiedz mu, że był kochany”.
Dałam jej liścik – i mały kocyk, który zrobiłam w tajemnicy. Niebieska wełna. Żółte ptaki wyszyte w rogach. Jedyny, który wydawał się należeć do nas obojga.
Następnego dnia wszystko zniknęło.
Kiedy później zapytałam o kocyk, mama powiedziała, że go spaliła. Powiedziała, że niezdrowo jest go trzymać.
A potem wysłali mnie na studia… zanim jeszcze wyzdrowiałam.
Bez grobu.
Bez odpowiedzi.
Bez zamknięcia.
Więc przestałam pytać.
Nauczyłam się nosić żałobę w ciszy – nie sprawiając nikomu przykrości.
Moja mama zmarła dwa lata temu.