„Zrobiłaś to?”
„Tak” – powiedziałam. „Każdy ścieg”.
Stał tam, niepewny – rozdarty między dwoma życiami.
Potem powoli podał mi koc.
Nie jako dowód.
Nie jako poddanie się.
Ale jako coś, czym się dzielił.
Wzięłam go i przycisnęłam do piersi.
I po raz pierwszy od dwudziestu jeden lat…
Pozwoliłam sobie na głośny smutek.
Rozmawialiśmy potem godzinami.
Nic w tym nie było łatwe. Nic w tym nie było czyste.
Ale zanim wyszedł, podał mi filiżankę kawy i powiedział, niemal niezręcznie:
„Mamo” może teraz być za mocne… ale kawa działa”.
A na razie…
kawa wystarczy.
Brak powiązanych postów.