CZĘŚĆ 1
Pierwszy skurcz wyrwał mnie ze snu o 3:47 nad ranem, tak silny, że myślałam, że coś we mnie pękło. Leżałam zamrożona w ciemności, przyciskając jedną rękę do spuchniętego brzucha, czekając, aż ból ustąpi, niczym wszystkie fałszywe alarmy przed nim. Ale to było inne. Byłam w ósmym miesiącu ciąży z bliźniętami, a ten ból promieniował głęboko z pleców, przetaczając się przez moje ciało niczym ostrzeżenie. Daniel powinien być obok mnie, przestraszony i na wpół przytomny, pytając, czy to już czas.
Wyobrażałam to sobie tyle razy: on chwytający torbę do szpitala, ja oddychająca pomimo bólu, jazda przez puste ulice, szpitalne światła, pierwsze krzyki. Ale Daniela nie było. Jego matka, Barbara Stewart, przekonała go, że nie można opóźniać podróży służbowej.
„Pierwsze dzieci nigdy nie rodzą się tak wcześnie” – powiedziała. „Będziesz nadal w ciąży, kiedy wróci”.
Daniel się kłócił, ale za mało. To bolało najbardziej. Chciał zostać, ale wciąż uważał pewność matki za prawdę. Kazałam mu iść, bo miałam zapasowe opcje, bo ufałam lekarzowi i bo już podejrzewałam, że stan Barbary pogorszy się, jeśli Daniel zostanie. Zaczął narastać kolejny skurcz. Potem drzwi pociemniały. Barbara stała w bladoróżowym szlafroku, jedną ręką opierając się o framugę. Jej srebrne włosy były idealnie upięte i nie wyglądała na śpiącą. Wyglądała na gotową.
„Idziesz gdzieś, Melody?”
Oddychałam z bólu, aż ustąpił.
„Szpital”.
Barbara weszła do środka i zapaliła górne światło. Pokój rozbłysnął ostrym żółtym światłem. Moja torba szpitalna, zapięta na suwak, stała przy drzwiach, wystarczająco blisko, żeby ją widzieć, ale zbyt daleko, żeby do niej sięgnąć.
„Dzieci się rodzą” – powiedziałam.
„Kobiety rodzą od wieków, nie biegnąc do szpitala przy pierwszym, nawet najmniejszym bólu”.
„To nie jest mały ból”.
„Nie” – powiedziała. „To poród. A to oznacza, że musisz zachować spokój i trzymać się planu”.
Plan. Barbara i jej mąż Richard mieszkali w naszym domu przez trzy tygodnie, „żeby pomagać”. Przynosili zapiekanki, ziołowe herbaty, poskładane pranie i niechciane opinie. Barbara nazywała nasz dom „miejscem Daniela”. Krytykowała mojego lekarza, zostawiała na stole artykuły o ryzyku związanym z porodem w szpitalu i ciągle mówiła o „porodzie naturalnym”, jakby moja ciąża bliźniacza wysokiego ryzyka była osobistym wyzwaniem dla jej dumy. Potem były kluczyki. Przez ostatni tydzień kluczyki do samochodu znikały bez przerwy. Teraz poczułam znajomy ciężar w kieszeni szlafroka Barbary.