„Proszę” – wyszeptałam, a słowo miało metaliczny i ostry posmak, niczym miedziane monety na moim języku. „Ryan, przestań. Proszę. Dziecko…”
„Dziecko?” – wrzasnęła Brittany z progu korytarza. Nie płakała. Nie sparaliżował jej szok wywołany eskalacją przemocy domowej rozgrywającej się na jej oczach. Wibrowała maniakalną, przerażającą energią, a jej oczy były szeroko otwarte i rozpalone gorączką. „Dokończ to, Ryan! Ta pasożytnicza rzecz nawet nie jest twoja i dobrze o tym wiesz! Robi z ciebie idiotę!”
Słowa nie tylko bolały; eksplodowały w małej przestrzeni między nami.
Spojrzałam na Ryana, gorączkowo szukając na jego zaczerwienionej twarzy mężczyzny, którego poślubiłam – mężczyzny, który otwarcie płakał w klinice, kiedy po raz pierwszy usłyszeliśmy szybkie, trzepoczące bicie serca na USG. Ale ten mężczyzna zniknął całkowicie, całkowicie wydrążony. Na jego miejscu stał wybuchowy nieznajomy, napędzany niebezpiecznym koktajlem wysokoprocentowego alkoholu i trującymi, podstępnymi kłamstwami kobiety, która systematycznie pragnęła wymazać moje istnienie, by odebrać mi życie. Nie wahał się. Uwierzył jej, bo tak było łatwiej. Bo wiara w jej groteskowe kłamstwo dała mu przewrotne pozwolenie, którego potrzebował, by uwolnić potwora, którego trzymał przykutego w piwnicy własnej duszy.
Rzucił się do przodu, jego but mocno trafił w mój bok. Uderzenie rozdarło mi pole widzenia, eksplodując oślepiającymi białymi gwiazdami. Instynktownie zwinęłam się w ciasną, obronną kulę, obejmując zaciekle spuchnięty brzuch obiema rękami. Przycisnęłam policzek do zimnej, drewnianej podłogi, modląc się do Boga, z którym nie rozmawiałam od szkółki niedzielnej. Pozwól mi wziąć na siebie ciężar. Złam mnie, ale proszę, proszę, uratuj ją.