„Chcesz, żebym ci pokazała przelewy bankowe? Chcesz, żebym przeczytała każdą wiadomość, w której prosiłaś mnie o pieniądze na leki, dachówki, kocioł, konsultacje, rachunki? Chcesz, żebym ci pokazała zdjęcia twojej biżuterii, restauracji, torebek, zabiegów spa?” A może wolisz zachować resztki godności?
Camille milczała.
Madame Delcourt zrobiła krok w moją stronę.
„Młoda damo, zniż głos. Rozmawiasz ze starszą panią”.
Powoli odwróciłam się do niej.
„Starszą panią? To moja matka. Jesteś oportunistką siedzącą na jej tarasie”.
Zapadła tak ciężka cisza, że nawet cykady zdawały się ucichnąć.
W tym momencie usłyszałam kroki za domem.
To był mój brat, Thomas.
Wracał z sadu, buty miał uwalane błotem, twarz ściągniętą, ręce spalone słońcem.
Jego wyraz twarzy zamarł, gdy tylko mnie zobaczył.
Zatrzymał się na środku podwórza, jak człowiek, który za późno uświadamia sobie, że jego kłamstwo umarło przed nim.
— Elise…
Nie odpowiedziałam od razu.
Chciałam na niego spojrzeć.
Chciałem zobaczyć na jego twarzy twarz chłopca, który dzielił się ze mną ostatnim kawałkiem chleba podczas podwieczorku, syna, który obiecał ojcu, że pewnego dnia zaopiekuje się rodziną.
Ale mężczyzna przede mną dźwigał na ramionach tchórzostwo kogoś, kto widział wszystko i postanowił ukryć się za milczeniem.
„Jak długo to już trwa?” zapytałem.
Thomas spojrzał na Camille.
Następnie na Madame Delcourt.
Następnie na podłogę.
A sam ten gest odpowiedział już na połowę mojego pytania.
„Pytałem, jak długo?”
„Kilka miesięcy…” mruknął.
Camille odwróciła się do niego wściekła.