Parker przerzucił nogi przez klapę i obserwował imprezę z poważnym skupieniem, jakby próbował zrozumieć, jak dorośli mogą być tak absurdalni i nadal prowadzić samochody. „Ona naprawdę myśli, że to jej własność, prawda?” zapytał.
„Na to wygląda” – odparłem.
Odwrócił się do mnie z przymrużonymi oczami. „A wiesz, że nie?”
„Jeszcze nie” – powiedziałem mu, bo wiedzieć i udowodnić to nie zawsze to samo, a żyłem wystarczająco długo, by zrozumieć, że kłamstwa mogą się bronić przez jakiś czas, jeśli są odpowiednio dobrze ubrane.
Czterdzieści pięć minut po naszym przyjeździe Courtney w końcu sama przyszła. Zatrzymała się przed ciężarówką z uniesioną brodą i resztkami cierpliwości, choć cierpliwość nigdy nie była właściwym słowem na to, co udawała, że mi pokazuje.
„Nie będę się powtarzać” – powiedziała cicho, lodowato. „Opuść teraz moją posesję, albo siłą cię wyrzucę”.
Spojrzałem na nią i nic nie powiedziałem. Moje milczenie zdawało się obrażać ją bardziej niż jakakolwiek zniewaga.
Jej wzrok powędrował na moje zakurzone buty, a potem znów na moją twarz. Gwałtownie wciągnęła powietrze, pochyliła się do przodu i splunęła mi pod stopy.
Na sekundę świat zwęził się do mokrego śladu na ziemi obok mojego buta. Parker wciągnął powietrze tak gwałtownie, że zabrzmiało to jak jęk rannego zwierzęcia, a Hudson uniósł się obok mnie, zanim wyciągnąłem rękę, żeby go powstrzymać.
„Tato” – powiedział Parker oszołomiony – „ona właśnie na ciebie napluła”.
Patrzyłem, jak Courtney się odwraca, zabiera szampana z pobliskiego stolika i uśmiecha się do gości, jakby właśnie uporała się z drobną niedogodnością w najbardziej elegancki sposób, jaki tylko można sobie wyobrazić. W tym momencie coś we mnie drgnęło, nie we wściekłość, lecz w pewność.
Sięgnąłem do kieszeni, wyjąłem telefon i wybrałem numer, który znałem z pamięci.