Absurdalność tej sytuacji mogłaby być zabawna gdziekolwiek indziej. Ale stojąc tam na własnej posesji, patrząc, jak obcy ludzie obrzucają się kradzionym ciastem, a moi synowie uśmiechają się jak bandyci obok mnie, poczułem coś o wiele bardziej skomplikowanego niż satysfakcja.
Jakaś część mnie chciała się śmiać. Inna część chciała zgarnąć wszystkie stoły i krzesła na stertę i podpalić.
Courtney była w samym środku burzy, wrzeszcząc, żeby wszyscy przestali. Krem spływał jej z brody na srebrny haft sukni, a kiedy próbowała poprawić tiarę, tylko rozmazała sobie we włosach kolejną porcję różowego lukru.
Cały dzień zachowywała się, jakby moje ranczo należało do niej. Teraz wyglądała jak kobieta tonąca w cukrze i panice, podczas gdy zaproszona przez nią publiczność z każdym westchnieniem przestawała w nią wierzyć.
Ciasto zniknęło błyskawicznie. Dwanaście minut po pierwszym rzucie Parker na stole nie zostało prawie nic poza roztrzaskaną tekturą, pogiętymi świecami i lukrem rozmazanym po cedrowych deskach, które lata wcześniej własnoręcznie szlifowałam.
Dmuchany zamek przechylił się na bok, gdy dziecko potknęło się o kabel zasilający. Krzesła leżały porozrzucane na trawie, biała pościel była wciągnięta w ziemię, a eleganckie popołudnie, które zaplanowała Courtney, wyglądało teraz jak następstwo nieudanego zamachu stanu.
Położyłam jedną rękę na ramieniu Hudsona, a drugą na głowie Parker. „Dość tego” – powiedziałem im cicho i, ku ich chwale, obaj chłopcy natychmiast się cofnęli, ciężko dysząc, z twarzami zarumienionymi z dzikiego, oszołomionego podniecenia, charakterystycznego dla dzieci, które wiedzą, że przekroczyły granicę i nie żałują.
Syreny dotarły do nas, zanim zdążył unieść się kurz z podjazdu. Dźwięk przebił się przez muzykę, krzyki, panujący chaos, a wszystkie głowy jednocześnie zwróciły się w stronę drogi.
Dwóch zastępców szeryfa podjechało obok zaparkowanych samochodów i wysiadło z samochodów.
Powoli, chłonąc scenę z miną, która zmieniała się z zawodowej neutralności w coś niebezpiecznie bliskiego niedowierzaniu. Jeden z nich, barczysty i siwy na skroniach, zatrzymał się przy zniszczonym stole i wpatrywał się w lukier spływający z jednego z krzeseł.
Courtney odzyskała głos, zanim ktokolwiek inny zdążył. Pobiegła do funkcjonariuszy, jedną ręką zbierając zniszczoną spódnicę, a drugą daremnie wycierając twarz, zostawiając na skórze różowe smugi niczym barwy wojenne.
„Dzięki Bogu, że jesteście!” – krzyknęła. „Ci dzikusy weszli na moją posesję i zaatakowali moich gości, chcę, żeby ich natychmiast aresztowano”.
Starszy funkcjonariusz spojrzał ze swojej sukienki na zniszczony trawnik, na moich synów stojących obok mnie. Potem zapytał spokojnym głosem, który sugerował długie doświadczenie z ludzkimi bzdurami: „Proszę pani, jest pani ranna?”
„Ranna?” – warknęła. „Proszę na mnie spojrzeć”.
Spojrzał na nią. Spojrzał też na resztki cukrowej róży przyklejone do jej ramienia, na kieliszek do szampana zgnieciony w trawie za nią i na dwadzieścia siedem samochodów rozrzuconych po terenie, który nigdy nie widział tylu pojazdów w jednym miejscu naraz.
Potem odwrócił się i podszedł do mnie.
„To o tobie mówi?” zapytał.
„Ja” – odparłem. „A to nie jest jej własność. To moja”.
Zastępca szeryfa przez chwilę przyglądał się mojej twarzy. Nie był wrogo nastawiony i nie był też przekonany, ale wyglądał na człowieka na tyle cierpliwego, by pozwolić prawdzie wyjść na jaw, jeśli da się jej wystarczająco dużo miejsca.
„Możesz to udowodnić?” zapytał.
„Daj mi kilka minut” – odpowiedziałem.