Dzwoń: Mama.
Dzwonienie było rytmiczne, szydercze. Jeden. Dwa. Trzy. Cztery.
„Dodzwoniłaś się do Eleanor Crawford. Zostaw wiadomość po sygnale”.
Nie zostawiłam wiadomości. Zadzwoniłam ponownie. I jeszcze raz. Potem spróbowałam do mojego ojca, Davida Crawforda.
„Dodzwoniłaś się do Davida. Jestem albo poza biurkiem, albo na drugiej linii…”
Leżałam teraz płasko na podłodze, z zimnymi płytkami przyciśniętymi do policzka. Nagrałam trzy wiadomości głosowe. W ostatniej mój głos był chrapliwy, nie rozpoznałam go jako własnego. „Tato… proszę. Coś jest nie tak. Umieram. Proszę, przyjdź”.
Cisza, która nastąpiła, była najcięższym ciężarem, jaki kiedykolwiek nosiłam. Była murem obojętności tak grubym, że żaden krzyk nie mógł go przebić. Leżałam tam, wsłuchując się w szum lodówki, i uświadomiłam sobie, że przez wszystkie lata, które spędziłam, starając się być „idealną” córką, „niewymagającym” dzieckiem, udało mi się to aż za dobrze. Byłam tak niewymagająca, że stałam się niewidzialna.
Nie słyszałam karetki. Nie słyszałam, jak pani Patton, moja emerytowana sąsiadka, waląca w moje drzwi po tym, jak usłyszała, jak moje ciało uderza o podłogę przez cienkie ściany. Pamiętam tylko absolutną, aksamitną ciemność, która pochłonęła kuchnię.
Rozdział 2: Absolutna cisza
Mówią, że umarłam.
Na sali operacyjnej Szpitala Ratunkowego św. Judy, gdy chirurdzy walczyli z sepsą rozwijającą się w moich jelitach z powodu pękniętego wyrostka robaczkowego, moje serce po prostu się poddało.
Nie było tunelu światła. Nie było żadnych zmarłych przodków czekających z otwartymi ramionami. Była tylko głęboka, absolutna cisza – taka, jaka istnieje w przestrzeni między gwiazdami. Była spokojna, w jakiś przerażający sposób. Przez krótką chwilę nie musiałam się martwić siedemnastoma nieodebranymi połączeniami. Nie musiałam się zastanawiać, dlaczego nie jestem w stanie obudzić rodziców ze snu.
Wtedy świat się zawalił.