Czekanie było najgorsze. Niewiedza. Siedzenie tam, podczas gdy czas ciągnął się w taki sposób, że każda sekunda wydawała się cięższa od poprzedniej. Moje dłonie zacisnęły się na kolanach, a w myślach odtwarzałam wszystko w kółko, szukając momentu, który przegapiłam. Szczegółu, który przeoczyłam. Ostrzeżenia, które zignorowałam. Ale nic nie było jasne. To właśnie pogarszało sprawę. Bo to oznaczało, że cokolwiek się wydarzyło… było ciche. Kontrolowane. Celowe. Kiedy lekarz w końcu wyszedł, jego wyraz twarzy powiedział mi wszystko, zanim jeszcze się odezwał. Nie panika. Nie dezorientacja. Coś poważniejszego. Bardziej przemyślanego. „Jej stan jest stabilny” – powiedział pierwszy, a ja poczułam, jak mała część mojej klatki piersiowej rozluźnia się. „Ale…”. I to było to. Słowo, które zmienia wszystko. „Musimy zadać ci kilka pytań” – kontynuował. Natychmiast skinęłam głową. „Cokolwiek”. Przyglądał mi się przez chwilę, a potem powiedział ostrożnie: „Są oznaki, które wskazują, że coś jej zrobiono”. Słowa padły powoli, ale ciężko. „Co masz na myśli?” – zapytałam, choć część mnie już rozumiała. „Nie wyciągamy jeszcze wniosków” – powiedział – „ale to, co widzimy, nie jest zgodne z przyczyną naturalną”. Naturalną. To słowo odbiło się echem w mojej