Victor Rossi nie był człowiekiem, który klękał.
Nigdy.
Przed nikim.
Przed niczym.
W północnych dzielnicach Marsylii samo jego nazwisko wystarczało, by uciszyć każdą rozmowę.
Ale tej nocy… w ulewnym deszczu.
Był tam.
Jego kolana były zakopane w błocie obskurnej uliczki, w sercu najbardziej zapomnianego osiedla w mieście.
Jego szyty na miarę garnitur, wart 3000 euro, nie miał znaczenia.
Jego włoskie buty były umazane brudem.
A jednak… nie spojrzał na brud.
Spojrzał na małą dziewczynkę.
Drobną. Chudą. Brudną.
Ale oczami… które nie były już oczami sześciolatki.
Nie było łez.
Nie było strachu.
Tylko pustka… otchłań… jakby była już świadkiem najgorszych koszmarów, jakie można sobie wyobrazić.
Tuląc niemowlę do swojej kruchej piersi,
Trzymała je, jakby tylko ono trzymało ją przy życiu.