Kiedy podano mi pierwszą dawkę chemioterapii „Czerwonego Diabła”, to Denise usiadła obok mnie na twardym plastikowym krześle. Przyniosła ze sobą książkę z łamigłówkami, o której wiedziała, że będę nienawidzić, tylko po to, żebyśmy mogły razem na nią ponarzekać. Kiedy na parkingu dopadły mnie mdłości – gwałtowny, rozdzierający duszę odruch wymiotny – to Denise trzymała mi włosy i wycierała twarz chłodną szmatką.
„Nie musisz tego robić” – wydyszałam, ściskając papierową torbę. „Masz pracę. Masz życie”.
„To jest
„Życie, Claire” – powiedziała głosem pewnym jak skała. „Liczy się tylko to, żeby się pokazać”.
Tydzień później pod prysznicem zaczęły mi wypadać włosy. Nie wypadały, tylko się poddawały. Patrzyłam, jak ciemne kosmyki wirują wokół odpływu niczym atrament w wodzie. Tego wieczoru weszłam do kuchni Denise z maszynką do strzyżenia, którą kupiłam w drogerii.
„Nie mogę już patrzeć w lustro i widzieć, jak mnie opuszcza” – powiedziałam jej.
Denise nawet nie drgnęła. Założyła fartuch, posadziła mnie na kuchennym krześle i nuciła cichą, kojącą melodię, odganiając resztki mojej toaletki. Kiedy skończyła, nie powiedziała, że wyglądam „odważnie” ani „pięknie”. Po prostu pocałowała mnie w czubek łysej głowy i powiedziała: „Teraz nic nie stoi między tobą a słońcem”.
Dwa dni później mama przysłała mi bukiet lilii. Kartka była już wydrukowana. Rodzina o Tobie myśli! Trzymaj się!
Cliffhanger: Wpatrywałam się w te dogorywające lilie, gdy zadzwonił dzwonek do drzwi, ukazując trójkę ludzi, których nie widziałam od miesięcy, niosących tacę z owocami z supermarketu, jakby była świętą relikwią.