„Wiem. Wiem, że prawnicy mówili… ale musiałam się z tobą zobaczyć. Megan jest… źle. Samochód został zajęty. Ron odchodzi. Wszystko się wali i teraz zdaję sobie sprawę… że nas tam nie było. Mnie tam nie było”.
Spojrzałam na nią i ku mojemu zaskoczeniu, nie poczułam wściekłości. Nie czułam palącej potrzeby przeprosin ani wielkiego gestu skruchy. Nie czułam… nic. To było najspokojniejsze uczucie na świecie.
„Nie było cię przy mnie, kiedy umierałam” – powiedziałam spokojnym i czystym głosem. „A teraz, kiedy ja żyję, nie możesz tu być”.
„Jestem twoją matką” – szlochała. „To musi coś znaczyć”.
„Znaczyło” – powiedziałam. „To znaczyło, że oczekiwałam, że mnie pokochasz. To znaczyło, że dałam ci tysiąc szans na bycie porządnym człowiekiem. Ale ty wykorzystałaś te szanse, żeby sprawdzić saldo mojego ubezpieczenia na życie”.
Cofnęłam się do drzwi.
„Mam nadzieję, że znajdziesz spokój, Eleanor. Naprawdę. Ale tutaj go nie znajdziesz”.
Wróciłam do środka. Podeszłam do dzwonka. Denise była tam, trzymając Ethana za rękę. Pielęgniarki się uśmiechały. Inni pacjenci – ci, z którymi wymieniałam ciche skinienia głowami na fotelach infuzyjnych – patrzyli.
Złapałam linę. Pociągnęłam za nią z całych sił.
Brzdęk. Brzdęk. Brzdęk.