Zobaczyłam moją córkę żebrzącą na ulicy z dzieckiem na rękach… Kiedy zatrzymałam się na czerwonym świetle, zobaczyłam, jak liczy monety, ściskając maleństwo.
Zapytałam ją, gdzie jest samochód i dom, który jej daliśmy. Powiedziała mi, że jej mąż i teściowa zatrzymali samochód, zabrali jej wszystkie pieniądze, wyrzucili ją z domu, a nawet grozili, że zabiorą jej córkę. Powiedziałam jej po prostu: „Nie bój się. Tym razem ja się nimi zajmę”.
Tego popołudnia jechałam sama. Upał w Marsylii był ciężki, wręcz parny, ale nie miałam ochoty z nikim rozmawiać. Czasami muszę być sama w samochodzie, żeby głowa nie eksplodowała mi od wszystkich problemów biznesowych, telefonów, rachunków, lekarzy i wszystkiego innego. Mam sześćdziesiąt sześć lat, ale nadal sama jeżdżę samochodem, kiedy tylko mogę. Wracałam ze szpitala. Nic poważnego, tylko ciśnienie. Kardiolog znowu mi powiedział, żebym unikała silnych emocji. Jakby życie pozwalało mi na taki luksus.
Zatrzymałam się na dużym skrzyżowaniu. Panował tam typowy hałas, skutery lawirowały między pasami, trąbiły klaksony, ostre popołudniowe światło zacierało wszystko. Spojrzałam na zegar na desce rozdzielczej, a potem na drogę przed sobą. I wtedy coś uderzyło mnie jak tona cegieł.