To była szczupła kobieta, z rozczochranymi włosami, brudnym ubraniem, stopami niemal bosymi na rozgrzanym asfalcie. Niosła dziecko w nosidełku przy piersi. Policzki dziewczynki były zarumienione, głowa przechylona, twarz wyczerpana. Kobieta chodziła od okna do okna, wyciągając rękę, biorąc kilka monet i natychmiast licząc je ponownie z nerwową energią, która nie przypominała zwykłego błagania, a czystej walki o przetrwanie. Moją pierwszą myślą było: co za bałagan… Potem pochyliła się lekko do przodu i zobaczyłam jej twarz.
To była Sofia. Moja córka.
Bez namysłu otworzyłam szybę. Mój mózg jeszcze tego nie przetworzył, ale mój głos już wydobył się z gardła. „Sofia”.
Odwróciła się. Jej oczy rozszerzyły się, nie ze zdziwienia, a ze wstydu i strachu. Brudnego, miażdżącego strachu, takiego, jaki odczuwa się, gdy jest się zbyt długo upokarzanym. Zakryła twarz dłonią, jakby chciała ją ukryć, ale było za późno. Stałam jak sparaliżowana przez kilka sekund. Widziałam jej zapadnięte policzki, drżące palce, pot na czole i w nosidełku Valentinę, moją wnuczkę, przytuloną do niej.
„Sofia, wsiadaj. Już” – powiedziałam, otwierając drzwi od strony pasażera. Zawahała się, pokręciła głową i wyszeptała: „Tato, nie tutaj… proszę… pozwól mi…”.
Przerwałam jej. Mój głos zabrzmiał głośniej, niż zamierzałam. „Wsiadaj”.