Werdykt, który nigdy nie miał być sprawiedliwy
Rano, gdy Amelia Carter uświadomiła sobie, że straciła już córki – zanim jeszcze wzięły pierwszy oddech – deszcz nad centrum Chicago padał nieustającymi strugami, ciężkimi i bezlitosnymi, jakby samo niebo już wybrało stronę.
To nie był deszcz, który oczyszczał ani pocieszał. Lał ostro, zamieniając chodniki w rwące potoki i zamazując twarze spieszących się obcych – ludzi zbyt skupionych na własnym życiu, by zauważyć cichą dewastację rozgrywającą się tuż przed budynkiem sądu.
Amelia wyszła z Sądu Rodzinnego, mocno ściskając teczkę. Jej palce drżały, gdy spoczywały opiekuńczo na jej brzuchu w siódmym miesiącu ciąży. W środku jej bliźniaczki poruszyły się lekko, jakby wyczuwały burzę otaczającą ich matkę.