Nie wiedziała, dokąd idzie.
Tylko że nie może wrócić.
Nie do luksusowego apartamentu, który przypominał więzienie.
Nie do życia, które powoli wymazało jej tożsamość.
Nie do wersji siebie, która nauczyła się być mała, żeby przetrwać.
Miasto pochłonęło ją, gdy szła bez celu w deszczu, przemoczona do szpiku kości, z rękami opiekuńczo owiniętymi wokół brzucha.
W końcu się zatrzymała.
Przed prywatną kliniką.
Centrum Medyczne św. Ireny.
Wpatrywała się w swoje odbicie w szklanych drzwiach – blade, wyczerpane, ledwo rozpoznawalne. Wyglądało na kogoś, kto już się poddał.
Powoli sięgnęła ręką do klamki.
„Nie wchodź tam, kochanie”.
Głos ją zamarł.
Palce zamarły jej na metalu.
„Ten sędzia nie wydał uczciwego wyroku” – kontynuował głos. „I ty o tym wiesz”.
Amelia się odwróciła.
Pod zniszczoną markizą siedziała nieopodal starsza kobieta. Jej srebrne włosy były starannie splecione, płaszcz prosty, a wzrok bystry i niewzruszony.
„Co powiedziałaś?” – zapytała Amelia drżącym głosem.
Kobieta wstała i podeszła bliżej.