„Tato… proszę, nie czytaj tego tutaj. Nie wiedzą, że znam całą prawdę”.
Jej słowa były ledwie słyszalne.
Ale zmieniły pokój.
Twarz Savity zesztywniała.
Arjun przestał oddychać.
A ja, Vikram Sinha, stałem w tej lśniącej kuchni o 4:27 rano, a za mną moja krwawiąca córka, z jej pękniętym telefonem w jednej ręce, brązowym pamiętnikiem w drugiej i papierem szpitalnym, który sprawiał, że ściany tego bogatego domu nagle wyglądały tandetnie.
Pierwszy wers brzmiał:
Pacjentka: Ananya Sinha Khanna. Ciąża przerwana w dwunastym tygodniu.
Przez chwilę słowa nie miały sensu.
Moja córka była w ciąży?
Moja córka straciła dziecko?
Moja córka była sama z tą rodziną, podczas gdy oni to przede mną ukrywali?
Potem mój wzrok powędrował niżej.
Zgoda podpisana przez: Savitę Khannę.
Pokrewieństwo z pacjentką: Matka.
Moje palce zacisnęły się tak mocno, że papier się zgiął.
Powoli się odwróciłem.
Savita uniosła brodę, ale jej oczy zaczęły drżeć.
„To było konieczne” – powiedziała.
„Konieczne”.