Przez osiem miesięcy był moim zięciem.
Przez osiem miesięcy nazywałem go beta.
Przez osiem miesięcy wierzyłam, że to on stanie między moją córką a cierpieniem.
Teraz widziałam go wyraźnie.
Nie jako męża.
Jako strażnika przed klatką.
„Martwisz się o prywatność?” zapytałam. „Twoja żona leży na podłodze z siniakami”.
Savita zrobiła krok naprzód.
„Robiła sobie krzywdę. Zrobiliśmy, co było najlepsze. Nie była stabilna psychicznie”.
Ananya wydała z siebie cichy dźwięk za mną.
Ten dźwięk powstrzymał mnie przed uderzeniem kogoś.
Nie moralność.
Nie wiek.
Moja córka.
Odwróciłam się i zobaczyłam, jak trzyma się za brzuch, a łzy cicho spływają po jej opuchniętym policzku.
„Anu” – powiedziałam cicho – „możesz chodzić?”
Skinęła głową, ale kiedy spróbowała, ugięły się jej kolana.
Złapałam ją.
Arjun ruszył w naszą stronę.
„Ananya, nie rób sceny. Chodź na górę. Porozmawiamy”.