Popatrzyłem na nią wtedy.
Naprawdę spojrzałem.
Na idealne włosy.
Złote bransolety.
Jedwabną koszulę nocną.
Popiół świątynny na jej czole.
I zrozumiałem coś strasznego.
Nie wstydziła się, bo naprawdę wierzyła, że własność to miłość, jeśli czyni ją rodzina męża.
„Mylisz się” – powiedziałem. „Córka nie staje się własnością, bo włożysz jej sindur we włosy”.
Ojciec Ardżuny, Mahendra Khanna, w końcu pojawił się z góry w szlafroku, z oczami opuchniętymi od snu lub alkoholu. Spojrzał raz na Ananyę, a potem na papiery w mojej dłoni.
„Vikram ji” – powiedział opanowanym głosem – „nie niszczmy dwóch rodzin przez nieporozumienia”.
„Dwie rodziny?” – zapytałem.