Krzyknęła.
Nie głośno.
Nie dla innych.
Krótki, urywany krzyk, który dochodził z głębi niż strach.
Pociągnąłem ją za sobą.
„Nie rób ani kroku więcej”.
Arjun zamarł.
Telefon Savity był teraz w jej dłoni.
Pewnie dzwoniła do kogoś.
Do prawnika.
Do krewnego.
Do policjanta, którego, jak myślała, była jego własnością.
Wyjąłem swój telefon i wybrałem numer.
„Policja?” Savita się zaśmiała. „Proszę zadzwonić. Mój brat jest starszym adwokatem. To ty będziesz przepraszać”.
„Nie zadzwonię najpierw na policję” – powiedziałem.
Zmarszczyła brwi.
„A potem do kogo?”