Pierwszą rzeczą, która przykuła moją uwagę, były buty dziewczyny.
Były zdecydowanie za cienkie jak na brutalny, bezlitosny marcowy poranek w Chicago. Przenikliwy wiatr wiejący od jeziora Michigan przecinał dżinsy i wełnę, szukając kości. A jednak stała tutaj, w wyblakłych płóciennych tenisówkach z tak mocno zużytymi podeszwami, że lodowaty, szary błoto pośniegowe z miejskich chodników całkowicie je przesiąkło. Jej skarpetki nie pasowały – jedna w wyblakłe neonowe paski, druga jednolita biała – i obie były sztywne od zamarzniętego, starego brudu.
Stała sztywno w tylnym rogu Hayes’ Market, drobna, drżąca postać, ściskająca dwie wgniecione puszki mleka w proszku do piersi, jakby były sztabkami litego złota.
Potem rozległy się krzyki.
„Hej! Ty!”