To słowo przebiło się przez gwar panujący na targu. Było czyste, niskie i niosło ze sobą absolutny, bezkompromisowy autorytet, który sprawia, że ludzie zamierają.
Odstawiłem czarną kawę na ladę i podszedłem. Tłum lekko się rozstąpił.
Kevin spojrzał w górę, zaskoczony, a jego uścisk rozluźnił się. „Panie Mercer, proszę posłuchać, to pana nie dotyczy. Mamy politykę zerowej tolerancji dla złodziei sklepowych”.
„Teraz to dotyczy mnie”. Przykucnęłam na podłodze, kolana lekko mi trzeszczały, i podniosłam leżącą puszkę mleka, całkowicie ignorując pełne samozadowolenia pomruki wokół nas. Spojrzałam na drżącą dziewczynę. Jej twarz była blada, umazana brudem i zaschniętymi łzami. „Jak masz na imię, mała?”
Wpatrywała się w czubki moich stalowych butów. „Chloe”.
„Chloe co?”
Ciężka, przerażona pauza. „Chloe Sterling”.
„Dobrze, Chloe”. Wyprostowałam się na całą wysokość i postawiłam obie puszki mleka w proszku na ladzie kasy. Potem, nie mówiąc już ani słowa Kevinowi, wzięłam koszyk na zakupy. Przeszedłem między półkami i wypełniłem je z wojskową sprawnością: dwa bochenki chleba pełnoziarnistego, wielki słoik masła orzechowego, dwa tuziny jajek, banany, gorący kurczak z rożna z podgrzewacza delikatesowego, galon soku pomarańczowego i pudełko owsianki.
Zaciągnąłem ciężki koszyk do kasy i postawiłem go na podłodze. „Zaksięguj wszystko”.
Kevin patrzył na mnie z niedowierzaniem, a jego twarz poczerwieniała. „Panie Mercer, nie mówi pan poważnie. Ona i tak popełniła przestępstwo. Ukradła”.