Moja klatka piersiowa ścisnęła się boleśnie, a silny instynkt obronny rozgorzał.
Chloe postawiła ciężkie torby z zakupami na plastikowej skrzynce po mleku, która służyła za stolik kawowy. „Leo” – powiedziała cicho do starszego chłopca, odrywając kawałek ciepłego kurczaka z rożna i podając mu go. „Mam jedzenie. Jedz powoli”.
Leo wziął mięso, patrząc na mnie z powagą, przerażeniem i szeroko otwartymi oczami. „Kim jest ten mężczyzna?”
„Mężczyzna ze sklepu. Kupił jedzenie”.
Powoli przykucnęłam na wysokości jego oczu, trzymając ręce na widoku. „Hej, kolego”.
Bez uśmiechu. Tylko powolne, ostrożne skinienie głową, gdy żarłocznie ugryzł kurczaka.
Chloe odwróciła się w stronę ciemnych, pozbawionych okien drzwi na końcu krótkiego korytarza. „Ona tam jest”.
Wstałem i poszedłem za nią, schylając głowę pod zwisającą, splątaną firanką z koralików. Sypialnia za nią była niewiele większa od garderoby. Powietrze w środku było jeszcze zimniejsze. Na podłodze leżał poplamiony materac bez prześcieradeł.
bezpośrednio na zardzewiałej metalowej ramie. Obok łóżka stał plastikowy kubek wypełniony mętną wodą i trzy pomarańczowe butelki po lekach na receptę.
Wszystkie trzy butelki były całkowicie puste.
A na łóżku leżała kobieta.
Przez straszliwą, zawieszoną chwilę widziałem tylko kruchy, szkieletowy zarys jej ciała drżącego pod wyblakłą, łataną kołdrą. Była zbyt nieruchoma, zbyt chuda, jedno blade ramię zwisało bezwładnie z krawędzi materaca. Potem Chloe podeszła bliżej i delikatnie odgarnęła splątane, przesiąknięte potem włosy z twarzy kobiety.
Zamarłem. Oddech całkowicie uleciał z moich płuc, dusząc się w lodowatym pokoju.
Nie dlatego, że nie żyła.
Bo ją znałem.