Mówią, że słowa nie łamią kości, ale niektóre słowa łamią coś o wiele głębszego. Coś, co nigdy się do końca nie zagoi.
Salon był przyćmiony, dokładnie tak, jak lubiłam po zachodzie słońca. Zapach herbaty jaśminowej wciąż unosił się w powietrzu, a zegar na ścianie delikatnie odliczał sekundy – dźwięk, który nauczyłam się uważać za dziwnie kojący w ciszy moich późniejszych lat. Składałam pranie, kiedy to powiedział. Mój syn. Mój jedyny syn. „Nie ma dla ciebie miejsca. Idź”.