CZĘŚĆ 1
Uklęknąłem więc na cmentarzu w Rocamadour i błagałem, żeby otworzyli trumnę.
Bo coś usłyszałem.
Ciche pukanie.
Słabe.
Suchość.
Dochodzące ze środka.
Wszyscy w naszym małym zakątku regionu Lot powtarzali, że Claire odeszła „z woli Boga”.
Nie wierzyłem w to.
Nie tym razem.
Nie, kiedy mój syn, Julien, nie uronił ani jednej łzy.
Nie, kiedy co kilka minut zerkał na zegarek, jakby pochówek żony był spotkaniem, które chciał jak najszybciej zakończyć.
Nie, kiedy nie pozwolił mi jej zobaczyć po raz ostatni.
Claire przybyła na oddział położniczy w Cahors w środku nocy, w dziewiątym miesiącu ciąży, jedną ręką przyciskając brzuch, a drugą ściskając mój nadgarstek tak mocno, że aż bolało.
Pociła się.
Drżała.
I tuż przed tym, jak pielęgniarki wyprowadziły ją przez wahadłowe drzwi, spojrzała na mnie oczami, których nigdy nie zapomnę.
Nie oczami kobiety, która boi się bólu.
Oczami kobiety, która boi się kogoś.
„Nie pozwól mu zabrać mojego dziecka, Madeleine…” wyszeptała.
Potem zniknęła.
Nazywam się Madeleine Delorme. Mam sześćdziesiąt cztery lata. Pochowałam męża, siostrę i więcej nadziei, niż potrafię zliczyć.
Ale nigdy nie pochowałam kobiety, która wciąż skrywała tyle tajemnic.
O piątej rano Julien wszedł na korytarz oddziału położniczego.
Czysta koszula.
Schludnie uczesane włosy.
Pewne siebie oczy.
„Claire odeszła” – powiedział.
Wstałam tak szybko, że krzesło zaskrzypiało o podłogę.
„A dziecko?”
Spuścił wzrok, nie ze smutkiem, ale jak człowiek powtarzający wyćwiczoną kwestię.
„Dziecko też”.
Dotknęłam plecami ściany.
Moja wnuczka.
Moja pierwsza wnuczka.
Mała dziewczynka, dla której Claire wydziergała już kremową czapeczkę.
Dziecko, któremu imię wybrała w tajemnicy: Jeanne.
Julien położył mi rękę na ramieniu.