Potem jego głos złagodniał.
„Znaleźliśmy dziecko”.
Nogi prawie się pode mną ugięły.
Oparłam się o ścianę.
„Czy ona żyje?”
„Tak”.
Zamknęłam oczy.
Cały świat zniknął.
Pozostało tylko to słowo.
Żyje.
Jeanne żyła.
Tego wieczoru Jeanne przybyła do szpitala w Cahors w ramionach policjanta.
Była maleńka.
Czerwona na twarzy.
Pomarszczona.
Żywa.
Jej pięść była zaciśnięta, zupełnie jak u jej matki.
Kiedy położyli ją obok Claire, moja synowa wciąż spała, podłączona do kabli, blada jak wosk.
Przysunęłam się do jej ucha.
„Claire… moja córka… Jeanne jest tutaj”.
Jej powieki zadrżały.
Jeanne wydała z siebie cichy dźwięk.
Niegłośny.