Claire leżała pod białym welonem, jej twarz była blada i nieruchoma.
Ale jej usta…
Jej usta się poruszyły.
Przycisnąłem obie dłonie do ust.
„Claire…”
Jej dłoń osunęła się słabo na bok.
Jej palce wskazywały, że próbowała się przemówić.
W jej dłoni leżała złożona karteczka.
Ująłem ją ostrożnie.
Julien wyszeptał: „Mamo, daj mi to”.
Nawet na niego nie spojrzałem.
Otworzyłem list.
Pismo Claire było drżące i prawie nieczytelne.
Ale słowa tam były.
„Moja córka żyje. Julien ją zabrał. Nie pozwól mu wygrać”.
Nie krzyczałam.
Nie wtedy.
Coś we mnie zrobiło się zimne.
Bardzo zimne.
Podniosłam wzrok na syna.
Już się cofał.
Ale za nim brama cmentarna właśnie się zamknęła.