Wysoki mężczyzna z bladą linią na jednym policzku, stojący obok szarego vana przed domem pogrzebowym.
Myślałam, że tam pracuje.
Myliłam się.
Kiedy przekazałam tę informację porucznikowi Morelowi, nie tracił czasu.
O czwartej dwa radiowozy wyjechały ze szpitala.
O wpół do piątej byli już przed Sainte-Marthe.
Nie pozwolono mi iść z nimi.
Więc czekałam.
W białym korytarzu szpitalnym.
Przed pokojem Claire.
Złączone dłonie.
Mój płaszcz wciąż pokryty był pyłem z cmentarza.
Każda minuta czuła się, jakby kamień uciskał mi pierś.
O 17:12 zadzwonił telefon.
„Pani Delorme?”
To był porucznik Morel.
Wstałam tak szybko, że zakręciło mi się w głowie.
„Tak?”
Zapadła cisza.