„Pani Delorme, czy pani syn miał długi?”
Spuściłam wzrok.
„Tak.”
Julien przejął zakład stolarski ojca i omal go nie zrujnował.
Grał.
Kłamał.
Podpisywał pożyczki, których nikt nie rozumiał.
Claire odziedziczyła stary dom rodzinny niedaleko Figeac, wraz z działkami, o które deweloperzy starali się od lat.
Odmówiła sprzedaży.
Powiedziała, że pewnego dnia będzie należał do jej córki.
Jej córki.
Dlatego Julien pragnął Jeanne.
Nie z miłości.
Dla pieniędzy.
Dla kontroli.
Bo skoro Claire została uznana za zmarłą, a dziecko oficjalnie wymazane, wierzył, że może odzyskać wszystko, co po niej zostało.
Ale popełnił jeden błąd.
Zapomniał, że kobiety zmuszone do milczenia uczą się zostawiać wiadomości w tajemnicy.
W notatce Claire była druga linijka, prawie wyblakła.
„Mężczyzna z blizną. Szary van. Sainte-Marthe”.
Sainte-Marthe.
Nazwisko uderzyło mnie jak igła.
To nie była osoba.
To był stary klasztor dwadzieścia kilometrów od Rocamadour, niedawno przekształcony w prywatne schronisko dla kobiet „w trudnej sytuacji”.
Ciche miejsce za wysokimi murami, gdzie ludzie zadawali zbyt mało pytań.
A mężczyzna z blizną…
Widziałam go.
Dzień przed pogrzebem.