Jeszcze słabsze.
Ale prawdziwe.
Ksiądz upuścił różaniec.
Jakaś kobieta krzyknęła.
Upadłam na kolana obok trumny.
„Otwórz!”
Julien złapał mnie za ramię.
„Tracisz rozum”.
Wyrwałam się z siłą, o której istnieniu nie wiedziałam.
„Nie. To ty wierzyłeś, że milczący nigdy nie przemówi”.
Cofnął się.
Za szybko.
Za ostro.
I zrozumiałam.
„Otwórzcie tę trumnę!” – krzyknęłam.
Niosący trumnę spojrzeli po sobie.
Jeden z nich, Baptiste, były strażak, wyciągnął z kieszeni mały nóż.
„Jeśli są choć najmniejsze wątpliwości” – powiedział – „otworzymy”.
Julien rzucił się na niego.
„Zabraniam!”
Baptiste spojrzał mu prosto w oczy.
„Panie Delorme, jeśli ktoś żyje w środku, pańskie pozwolenie nic nie znaczy”.
Przeciął pieczęcie.
Cisza stała się tak ciężka, że słyszałem szum wiatru między nagrobkami.
Wieża się otworzyła.