Gazety nazwały ją „przerwanym pogrzebem Rocamadour”.
Sąsiedzi, którzy kiedyś ignorowali krzyki dochodzące zza zamkniętych okiennic, nagle stwierdzili, że „zawsze coś podejrzewali”.
Nie posłuchałam.
Późna odwaga nie zmazuje wczorajszego tchórzostwa.
Kiedy Julien poprosił o spotkanie ze mną przed przeniesieniem, początkowo odmówiłam.
Potem poszłam.
Nie z miłości.
Z obowiązku wobec prawdy.
Siedział za szkłem, chudy, nieogolony, z cieniami pod oczami.
„Mamo” – wyszeptał.
To słowo przeszyło mnie na wylot.
„Nie nazywaj mnie tak dzisiaj”.
Spuścił głowę.
„Spanikowałam”.
„Nie”.
Uniósł wzrok.
„Nigdy nie chciałam, żeby to zaszło tak daleko”.
„Tak”, powiedziałam. „Miałaś tylko nadzieję, że nikt się nie dowie”.
Jego usta zadrżały.
„Ona też jest moim dzieckiem”.
Patrzyłam na niego długo.
Potem odpowiedziałam: