Nie odpowiadając od razu.
Powoli postawił butelkę wina na stole.
„Myślałem, że idę na przyjęcie” – powiedział spokojnie. „Nie zdawałem sobie sprawy, że jestem główną atrakcją wieczoru”.
Camille skrzyżowała ramiona.
„Jeśli masz jeszcze resztki godności, wyjdź natychmiast. Zanim zabrudzisz podłogę”.
Adrien spojrzał na nią.
I coś się zmieniło w jego oczach.
Ból zniknął.
Tylko bardzo wyraźny chłód.
Bardzo czysty.
Jak drzwi zamykające się od środka.
Poprawił kołnierzyk koszuli.
„Dziękuję za zaproszenie, Camille”.
Potem się odwrócił.
Nikt go nie zatrzymał.
Nikt nie przeprosił.
Nikt nie zdawał się myśleć, że właśnie zniszczyli coś nieodwracalnego.
Adrien przeszedł przez drzwi, przez alejkę i wyszedł w lodowatą noc.
Długo szedł cichymi ulicami Neuilly, z wysoko uniesioną głową i drżącymi rękami.
Nie tylko upokorzenie go paliło.
To wstyd, że uwierzyłem.
Żal mi było myśli, że miłość wystarczy, by zmazać pogardę klasową.
Żal mi było wyobrażać sobie, że kobieta taka jak Camille może patrzeć na jego pokiereszowane dłonie bez osądzania.
Tej nocy Adrien nie płakał.
Wrócił do swojego małego mieszkania w jedenastej dzielnicy, usiadł na krześle, powoli zdjął buty i godzinami siedział w ciemności.
Wtedy, o świcie, wstał.