„Ani jednego medalu” – powiedział inny. „Syn burmistrza wrócił z odznaczeniami. A on? Same blizny. Musiał uciec pierwszy”.
Beto minął bar, żeby kupić papierosy. Słyszał każde słowo.
„Hej, Beto!” krzyknął Jean. „Bałeś się? A może obierałeś ziemniaki w koszarach?”
Beto nie odpowiedział.
Spuścił wzrok, zapłacił w euro i poszedł do domu.
Przeżył o wiele gorsze rzeczy, niż można by się spodziewać.
Mijały dni. Plotki narastały. Ludzie mówili, że został zwolniony za tchórzostwo. Że stracił rozum podczas misji. Nikt nie odważył się z nim rozmawiać.
Aż do pewnego popołudnia, gdy wszyscy wciąż śmiali się i pili wino w barze…
RUMM—RUMM—RUMM.
Ryk kilku silników przerwał muzykę.
Wszyscy się odwrócili.
Na małym wiejskim placu zatrzymał się konwój wojskowy. Czarny jeep z oficjalnymi insygniami, a za nim dwa pojazdy taktyczne.
„Co się dzieje?” – mruczeli mieszkańcy wioski. „Akcja?”
Kilku żołnierzy wysiadło w pełnym umundurowaniu i zajęło pozycje.
Z prowadzącego jeepa wysiadł starszy mężczyzna, wyprostowany i nienagannie ubrany. Jego mundur był pokryty odznaczeniami. Na ramionach lśniły insygnia generała.
Zapadła całkowita cisza.
Nawet Jean upuścił szklankę.
„Kogo szukają?” – wyszeptał ktoś.
Generał ruszył prosto w stronę skromnego domu Beto.