W tym momencie Beto wyszedł na dziedziniec z miotłą w dłoni, ubrany w podkoszulek i proste spodnie.
Sąsiedzi wstrzymali oddech.
Myśleli, że idą go aresztować.
Generał zatrzymał się przed nim.
Wpatrywał się w niego uważnie.
I nagle…
Stanął na baczność.
Uniósł rękę.
I oddał mu najpełniejszy szacunek salut wojskowy, jaki wieś kiedykolwiek widziała.
„Sierżancie Robercie Martinie” – oznajmił stanowczo – „w imieniu armii francuskiej, to zaszczyt oddać honory człowiekowi, który uratował siedemnastu żołnierzy podczas operacji poza granicami kraju”.
W wiosce rozległ się szmer zdziwienia.
Generał kontynuował:
„Blizny, które pan nosi, nie są powodem do wstydu. To medale, które nie zawsze nosi się na piersi”.
Beto pozostał nieruchomy, ale w jego oczach pojawiły się łzy.
„Dzisiaj przyszliśmy, aby oficjalnie wręczyć panu Krzyż Zasługi Wojskowej… i poinformować, że zostanie pan awansowany za nadzwyczajne akty odwagi”.
Żołnierze ustawili się w szyku.
Ci sami ludzie, którzy zaledwie kilka dni wcześniej nazwali go tchórzem, nie śmiali już podnieść wzroku.
Blady Jean z trudem utrzymywał się na nogach.
Gdy generał przypiął medal do piersi Beto, cała wioska zrozumiała jedno:
Niektórzy bohaterowie nie wracają olśniewający.
Wracają z bliznami.
A te blizny… opowiadają historie, których niewielu miałoby odwagę doświadczyć.
Część 2