Cisza nie ustąpiła natychmiast po ceremonii.
Zawisła ciężko na placu niczym nieomylny kamień.
Generał ledwo skończył mówić, gdy wyraz twarzy ludzi zaczął się zmieniać. Te same oczy, które zaledwie kilka dni wcześniej osądzały… teraz starały się zrozumieć.
Ale nikt nie odważył się odezwać.
Nikt… poza drżącym głosem.
„Mój… mój syn… też tam był…” wymamrotała kobieta z tyłu tłumu.
To była Madame Leroy.
W dłoniach ściskała zmiętą chusteczkę.
„Miał na imię Julien…” kontynuowała łamiącym się głosem. „Powiedziano mi… że nigdy nie wrócił…”
Generał powoli odwrócił głowę w jej stronę.
Spojrzenie, którym obdarzył matkę, nie było już spojrzeniem oficera.
Spojrzeniem człowieka, który nosił w sobie zbyt wiele wspomnień.
Wziął głęboki oddech.
Potem spojrzał na Beto.
Beto pozostał nieruchomy.
Jego palce lekko się zacisnęły… jakby stary ból powracał.
Generał odezwał się cicho:
„Sierżancie… chcesz mu powiedzieć?”