Jeden po drugim… ci, którzy się śmiali, spuszczali głowy.
Ale Beto nic nie powiedział.
Po prostu patrzył.
Przez długi czas.
Potem lekko skinął głową.
Nie po to, by wybaczyć.
Nie po to, by zapomnieć.
Ale by coś zakończyć.
Generał dał znak żołnierzom.
Konwój powoli ruszył.
Silniki znów zawarczały… i rozpłynęły się w oddali.
Kurz opadł.
I po raz pierwszy od lat…
Wioska zapadła cisza, i nie bez powodu.
Tego wieczoru nikt nie śmiał się w barze.
Szklanki były nadal do połowy pełne.
A na środku placu ktoś postawił małą świeczkę.
Potem kolejną.
Potem dziesiątki.
Przed domem Beto.
A w migoczącym świetle…
blizny, które nosił, nie były już przerażające.
Budziły szacunek.