Ciąg dalszy historii

Sonia znieruchomiała, łyżka z sałatką zawisła w powietrzu. Agnieszka wbiła wzrok w talerz. Małgorzata przykryła usta serwetką, jakby się uśmiechała, ale jej wargi pobladły. Ciszę można by kroić nożem. — Lenka, źle to wszystko zrozumiałaś — bąknął w końcu Łukasz, bezradnie spoglądając na Sonię. — Chcieliśmy tylko zaoszczędzić i… — I uznaliście, że jestem wygodnym rozwiązaniem? — przerwała mu chłodno Lena. — Pokoje stoją, żeby się dobro nie marnowało? Świetna logika, zwłaszcza gdy gospodyni to nie człowiek. — Co ty wygadujesz! — wrzasnęła Małgorzata. — Jesteśmy rodziną! Nikt normalny nie odmówi krewnym! — Nie odmawiam, mamo. Po prostu już nikogo nie wpuszczam bez pytania. Lena wstała. Powoli zebrała ze stołu puste talerze. Ani spojrzenia, ani słowa — tylko brzęk naczyń. — Lenko, nie gorączkuj się — zaczęła Agnieszka. — Młodzi teraz porywczy, ale może byśmy wszyscy… — Agnieszko — Lena westchnęła — jutro będą nowe zamki. Wy też nie wejdziecie. — Co ty powiedziałaś? — matka poderwała się nagle. — To, co słyszałaś. Zamki. W tym mieszkaniu nikt już mnie nie zaskoczy. — Lena, przestań! — Łukasz uderzył dłonią w stół. — Przecież nie jesteśmy wrogami! — Tak zachowują się tylko wrogowie — odpowiedziała cicho. Małgorzata stanęła obok, oczy jej się zwęziły. — I to nazywasz wdzięcznością? Całe życie w ciebie inwestowałam! A ty — drzwi na zamek! Wstydź się! — Mamo, wdzięczność to nie wynajem duszy. Dałaś mi życie, tak. Ale żyć za mnie nie musisz. Sonia zerwała się, chwyciła Łukasza za rękę. — Chodźmy — szepnęła.