Od czasu do czasu dostawałam wieści o Marku. Ostatnią wiadomość otrzymałam od znajomej, która przyjechała do Nowego Jorku. Dostrzegła go z okna taksówki, pracującego jako agent ds. wynajmu dla dewelopera centrum handlowego w New Jersey. Garnitury szyte na miarę zniknęły, zastąpione źle dopasowaną, gotową marynarką. Jego dawna, wypięta do góry arogancja została całkowicie wydrążona, zastąpiona pustym, wyczerpanym spojrzeniem człowieka, który ustawił grę, a potem uświadomił sobie, że przez cały czas grał przeciwko sobie.
Patrzyłam, jak łódź żłobi biały ślad na rzece. Nie byłam „niewłaściwą kobietą” dla Marka, a Tiffany nie była „właściwą kobietą”. Te etykietki miały znaczenie tylko w świecie, w którym kobiety były dobrami do nabycia. W końcu byłam właściwą kobietą dla siebie.
Odwróciłam się od balkonu, wieczorny chłód skłonił mnie do powrotu do środka, do ciepła moich płócien. Gdy przekroczyłam szklane drzwi, moja asystentka, bystra studentka Royal College of Art, podniosła wzrok znad laptopa.
„Sarah” – powiedziała głosem przepełnionym podziwem. „Właśnie przeglądałam przychodzące przelewy bankowe fundacji. Właśnie otrzymaliśmy ogromną wpłatę”.
„Ile?” – zapytałam, ścierając z kciuka smugę węgla drzewnego.