Kiedy Mark w końcu uniknął upokorzenia na Piątej Alei – odchodząc bez pierścionka, a wkrótce potem bez Tiffany, która twierdziła, że musi „odebrać telefon” i wskoczyła sama do taksówki – kazał kierowcy wrócić do Greenwich. Musiał znaleźć dokumenty. Musiał to naprawić.
Ale kiedy jego limuzyna podjechała pod kutą żelazną bramę osiedla, kod dostępu nie działał.
Wściekły wysiadł, tylko po to, by odkryć, że zamki w furtce dla pieszych zostały zmienione. A tam, na nieskazitelnym brukowanym podjeździe, leżało sześć grubych, czarnych worków na śmieci. Mój prezent na pożegnanie. W środku upchane były jego garnitury szyte na miarę, kije golfowe i kolekcja luksusowych zegarków. Do górnej torby przyklejona była kopia nakazu sądowego, podpisana przez sędziego.
Nie miał wstępu. Był spłukany. A przez pychę związaną z pożyczkami pomostowymi, był na minusie, licząc miliony dolarów.
W chwili, gdy Tiffany Vance zdała sobie sprawę, że Mark jest nie tylko bez grosza, ale wręcz ogromnym obciążeniem, zniknęła bezpowrotnie. Jej numer został odłączony; z dnia na dzień przeniosła się do innej firmy maklerskiej. W spektakularny sposób udowodniła, że nigdy nie była „odpowiednią kobietą” dla Marka. Była tylko lustrem odbijającym jego chciwość.
Nie zależało mi na tym, by osobiście obserwować konsekwencje. Kiedy przyjechałem do Londynu, nie zameldowałem się w pięciogwiazdkowym hotelu pod nazwiskiem mojej rodziny. Pojechałem taksówką do małego, pięknego, jasnego studia w Chelsea – nieruchomości, którą kupiłem na własne nazwisko, za własne oszczędności, miesiące temu.
Spakowałem trzy walizki, kupiłem tani ekspres do kawy i spałem czternaście godzin bez przerwy.
Batalia prawna, która toczyła się przez kolejne miesiące, była krótka i krwawa. Mark, zdesperowany i tonący w długach, próbował pozwać o część spadku. Elias Thorne systematycznie obalał swoje kontrpozew w sądzie. Przedstawił znaleziony przeze mnie plik „Strategia wyjścia”, wykorzystując go jako niezbity dowód na celowe, oszukańcze zamiary Marka. Sędzia oddalił sprawę Marka z premedytacją.